Magiczny dzień targowy

Astrology

GoryO 6 rano obudziło mnie ciche puknięcie telefonu, kto zakłóca mój spokój o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze? Moje ciało odmówiło jednak najmniejszego ruchu, więc poddałam się błogiemu lenistwu i ponownie spróbowałam zanurzyć się w krainie snów.  Jednak po godzinie nieudolnych prób poddałam się i spojrzałam na telefon. No tak, kolega z dalekiego Pakistanu przypomniał sobie właśnie dziś rano o moim istnieniu. Musze wyciszać telefon na noc, pomyślałam i przekręciłam się na drugi bok. Uśmiechnęłam się do siebie, dzisiaj będzie fajny dzień! Za oknem świeciło piękne słońce, okoliczne góry uśmiechały się do mnie wesoło a przez otwarty lufcik docierał zapach świeżo rozpalonego w piecu drewna.

Oficjalnie dzień się już rozpoczął. Wyskoczyłam energicznie z łóżka i rozpoczęłam przygotowania. Najpierw śniadanie, nic wielkiego, zwykła buła z Tweestem, ciepła herbata i pobudzający prysznic. Teraz musiałam się zastanowić jak mam dojechać na te targi? Nie bardzo wiedziałam, bo znajdowałam się w zupełnie nowym dla mnie miejscu gdzie przyjechałam na weekendowy odpoczynek. No nic, koniec języka za przewodnika jak mawiała moja babcia i poszłam do gospodarza domu, w którym się zatrzymałam pytając go o radę. I tu własnie zaczęły się dziać malutkie cuda. Okazało się, że na autobus, który planowałam zdążyć na pewno się nie wyrobię a jak się mocno pospieszę to może zdążę na ten godzinę później. Z obłędem w oczach pobiegłam do pokoju pudrować nosek a zza niedomkniętych drzwi usłyszałam : „jakby co, to ja panią zawiozę na przystanek samochodem!”. Czy to możliwe? Nie mogłam uwierzyć, że obcy mi człowiek oferuje swój czas i pieniądze by mi pomóc, ale nie chciałam nadużywać jego gościnności wiec w ekspresowym tempie umalowałam oczy i wybiegłam z domu. Droga na przystanek PKS-owy okazała się być wyjątkowo przyjemnym doświadczeniem, przepiękne słońce dodawało mi energii, ćwierkające ptaszki wyśpiewywały rytm a przytłaczające piękno okolicy aż zapierało dech. Nagle usłyszałam głośne szczekanie, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam psa stojącego na dachu jakiejś komórki, który najwyraźniej dawał mi do zrozumienia, że on tu jest panem. Takiego widoku jeszcze w całym swoim życiu nie widziałam, wiec zaśmiałam się sama do siebie, zrobiłam zdjęcie i poszłam dalej.

Pies na dachuNa przystanku PKS oczekujący ludzie byli najwyraźniej w równie radosnych nastrojach, bo gdy otworzyły się drzwi autobusu rozpoczęły się niewybredne żarty, którym rozbawiony pan kierowca wtórował z wyraźnym upodobaniem. Podróż zapowiadała się wesoło, wyciągnęłam książkę z torebki i zaczęłam czytać. Nie wiem, jak długo byłam zatopiona w lekturze, gdy nagle autobus ostro zakręcił przewracając moja torebkę na bok a z niej wyturlała się butelka z wodą prosto pod nogi sąsiadującej pasażerki. Niewiele myśląc rzuciła się pod swój własny fotel by ją wyciągnąć i z rozbrajającym uśmiechem wręczyła mi zgubę. Bardzo serdecznie podziękowałam jej ciesząc się jak dziecko, z życzliwości otoczenia. W roztargnieniu odruchowo zaczęłam odkręcać butelkę, z której gazowana woda wybuchła prosto na moją bluzkę, kolana i buty. Zaczęłam się śmiać sama z siebie a już w następnej sekundzie przemiła pani, która podała mi wcześniej butelkę z wodą wręczała mi właśnie paczkę chusteczek higienicznych. Gdy otarłam się z nadmiaru wody kolejna sąsiadka z fotela przede mną zaoferowała mi mokre chusteczki. Czyż taki dzień mógł się potoczyć źle? Nie ma mowy!

Do Wrocławia dojechałam wczesnym popołudniem, słońce pięknie świeciło a mijający mnie ludzie uśmiechali się ciekawie. Najpierw musiałam znaleźć przystanek autobusowy, który jak poinformowała mnie pani z dworcowego kiosku został właśnie przeniesiony z powodu remontu. Bez problemu znalazłam przystanek i już po kilku minutach wsiadłam w miejski autobus linii 145, który zawiózł mnie prosto do celu. Gdy przekroczyłam próg Hali Targowej, w środku, której targi już trwały w na dobre, poczułam mieszaninę zapachów spożywczych, najpierw uderzył mnie ostry zapach smażonej kiełbasy, którą spostrzegłam na stoisku z grillem po lewo i ciepły, świeży zapach domowego pieczywa ze smalcem po prawej stronie. Ciekawe połączenie pomyślałam sobie i ruszyłam dalej w poszukiwaniu stoiska IRN. Szłam powoli rozglądając się w poszukiwaniu znajomej twarzy Roberta, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Doszłam do samego końca hali targowej, gdzie uwagę moją przykuło stoisko dla dzieci. Serce zabiło mocniej, gdy zobaczyłam kolorowe zabawki mrugające do mnie porozumiewawczo i szepczące: dotknij mnie, zobacz, sprawdź, tu jestem, halo! Uśmiechnęłam się sama do siebie podekscytowana nowo powstałym w głowie planem: kupię mojemu synkowi którąś z tych magicznie mrugających zabawek, już widzę jak mu się oczy rozszerzają z radości. Ha! No dobrze, zajrzę tu trochę później, teraz muszę znaleźć IRN, pomyślałam i powoli ruszyłam w drogę powrotną. Nagle kątem oka zobaczyłam znajoma twarz i już chciałam się odwrócić, ale moje nogi jakby nie zanotowały tego zdarzenia w ogóle i spokojnie poniosły mnie dalej. Co ja robię do jasnej Anielki? – pomyślałam i zaśmiałam się. Zawróciłam. Nie miałam jednak zbyt dużo szczęścia i tym razem, bo okazało się, ze jedyna osoba, którą znałam była właśnie zajęta rozmową z przybyłymi targowiczanami, którzy okazali się być starymi znajomymi. Postałam chwile, przeglądając instrukcję do Red Eye, czekając na swoją kolej, ale ponieważ nie chciałam wytwarzać niepotrzebnego nacisku, po kilku chwilach oddaliłam się z zamiarem rozejrzenia i powrotu za kilka minut. Poszłam na stoisko dla dzieci a gdy w rękach już trzymałam wybraną zabawkę, za sobą usłyszałam głos Roberta, który zaprowadził mnie posłusznie na punkt IRN. Przy stoliku siedziała z rozbrajająco szerokim uśmiechem rudowłosa dama, której radosne i szczere spojrzenie wywołało natychmiastowe uwielbienie z mojej strony. Zinki przedstawiać chyba nie trzeba. Tuż obok siedział ciemnowłosy mężczyzna o równie ciemnych, czujnych i lekko rozbawionych oczach, który okazał się być Sethem we własnej osobie. No no, pomyślałam sobie, zapowiada się naprawdę ciekawy dzień!

Natychmiast otrzymałam propozycje przetestowania Red Eye, ale byłam tak podekscytowana sytuacją, że ze śmiechem odmówiłam pomiaru mojego stanu umysłu. Podobno ktoś przede mną wykonał fantastyczna sesje mimo mocno niesprzyjających warunków. Może później spróbuję, pomyślałam sobie, teraz nie zrelaksuję się na pewno.

Nastąpiła chwila zamieszania, w której próbowaliśmy ustalić, kto i gdzie ma siedzieć, wiec żeby nie generować dodatkowego problemu postanowiłam zobaczyć, co można zjeść lub wypić w pobliskiej kawiarence. Słowo „kawiarenka” okazało się mocno przerysowanym określeniem, jako że wyglądem przypominała bardziej jadłodajnię za czasów PRLu. Nie skusiłam się na popularny wśród IRNowiczów napój CLUB-MATE, jako że mała butelka kosztowała nad wyraz dużo a wyraz oczu Zinki po spróbowaniu tego magicznego specjału nie zachęcał do dalszych testów. Natomiast ilość i jakość sprzedawanych na Targach produktów i usług bardzo szybko stał się tematem przewodnim. Zwierzyłam się Zince, że bardzo podobały mi się Anielskie Karty sprzedawane na stoisku obok i od słowa do słowa trajkotałyśmy i śmiałyśmy się jak małe dziewczynki. Minęło już dawno południe a mój żołądek zaczął się dopominać o jakiś posiłek, wiec postanowiłam spróbować swojego szczęścia w pobliskiej „kawiarence”. Wyboru za dużego nie miałam i w efekcie zdecydowałam się na ruskie pierogi, które wydawały się wyglądać w miarę zjadalnie. Usiadłam przy drewnianej ławie i spróbowałam kęs. No szaleństwa nie było, trochę za mało pieprzu jak na mój gust, ale przyjemnie zapychało brzuszek. Moją kontemplację przerwała mi starsza pani, z nieśmiałym uśmiechem zapytała czy miejsce na przeciwko mnie jest wolne. Szerokim gestem zaprosiłam ją do swojego stolika a ona postawiła swój styropianowy pojemnik z zawartością na ławie i usiadła serdecznie dziękując. Jakież było moje zdziwienie gdy pod styropianową przykrywką zamiast uczciwego obiadu zobaczyłam 4 różne, ogromne kawałki wyjątkowo apetycznych ciast, okraszonych smakowitą porcją kremu. Starsza pani wyjęła z kieszeni widelec i z wielkim apetytem zaczęła pochłaniać zawartość. Ja niestety nie dałam rady zjeść wszystkich pierogów i musiałam się poddać przed końcem, jednak starsza pani wyglądała na waleczną osobę bo już po chwili ostatni kawałek tłuściutkiego tortu znikał w rozdziawionej buzi. Uprzejmie podziękowałam jej za towarzystwo i wstałam od stołu wyrzucając talerz z 3 pierogami do kosza.

Gdy wróciłam na stanowisko IRN otrzymałam ponowna propozycje przetestowania Red Eye. Z pełnym żołądkiem poczułam się nieco odważniejsza i zgodziłam się. Założyłam wielkie słuchawki i już po chwili delikatne choć dość specyficzne dźwięki zaczęły łagodnie łaskotać moje uszy. Zamknęłam oczy i poczułam jak powoli się zapadam… na powierzchnię wyrwał mnie nagły trzask zamykanych drzwi. Lekko podskoczyłam na krześle, otworzyłam oczy i spojrzałam w kierunku dźwięczącego jeszcze w moich uszach dźwięku. To drzwi toalety właśnie się zamknęły a ja zobaczyłam rozochoconą gromadkę IRNowiczów z napięciem wpatrującą się w ekran laptopa, na którym wyświetlane były bieżące wyniki moich testów. Od razu zauważyli moje zainteresowanie ale nie spotkało się to z ich aprobatą. „No, próbuj dalej, nie zwracaj uwagi na otoczenie, można się wyłączyć” usłyszałam. Spróbowałam jeszcze raz. Zamknęłam oczy próbując zagłębić się ponownie w aksamicie cichutkich dźwięków dochodzących ze słuchawek. Niestety, obraz wpatrującej się w monitor gromadki nie pozwalał mi się skupić i już po chwili zrezygnowałam. Ta przygodę chyba muszę zacząć w samotności – pomyślałam. Towarzystwo wyglądało na mocno rozczarowane, jednak nikt nie odważył się naciskać bardziej. Usłyszałam jedynie, że taki hałas nie powinien być dla mnie przeszkodą, bo ktoś tu wcześniej już zrobił fantastyczną sesję mimo tak niesprzyjających warunków. No trudno, najwyraźniej są lepsi ode mnie. Już wkrótce miałam tą wyjątkową osobę poznać osobiście. Wyłoniła się z tłumu cichutko, powiewając pięknymi, długimi blond włosami, ze spokojnym uśmiechem i ciepłym wzrokiem zbliżała się do nas. Już z daleka zauważyła ją Zinka, która radośnie machając do niej rękami witała serdecznie. W pierwszej chwili myślałam, że to Zinki córka, serdeczność z jaką się do niej zwracała sugerowała bliskie więzi. Krótka wymiana zdań i okazało się, że ta urocza młoda dziewczyna ma na imię Sofia i to ona właśnie dokonała dziś tak wielkiego czynu przy pomocy Red Eye. Od tego momentu rozmowa potoczyła się niemal wyłącznie na tematy związane z doświadczeniami OOBE, było dużo trudnych i skomplikowanych pytań, z którymi równo próbowali się zmierzyć naprzemiennie Robert z Sethem. Zinka co chwile zerkała na naszego sąsiada masażystę, który klientelę miał praktycznie cały czas. Nie powiem, widok był interesujący, przystojny mężczyzna w średnim wieku, w szarej koszulce wyraźnie podkreślającej jego doskonale wyrzeźbione ciało, z orlim nosem i wesołym spojrzeniem. Siła, precyzja i zaangażowanie z jaką wykonywał swoją pracę sprawiły, że Zinka nagle zapragnęła poddać się jego terapii zasłaniając się bolącymi plecami. Niestety, okazało się, że taka sesja trwa około 40 minut, targi zbliżały się już ku końcowi wiec najprawdopodobniej nie zdąży się oddać wprawnym rękom masażysty. Nie zasmuciło to Zinki zbyt mocno, natychmiast z uśmiechem postanowiła, że zrobi to przy innej okazji. No tak, zaczynało się już robić późno, powoli sąsiadujące stanowiska zaczęły zamykać swój dobytek. Nawet specjalista od usuwania klątw i chipów najwyraźniej poczuł się już zmęczony, bo powolnym i ociężałym krokiem udawał się w kierunku wyjścia. Czas był i na nas, poza Sofia, która miała to szczęście mieszkania w samym Wrocławiu, każdy z nas miał przed sobą daleką drogę. Poskładaliśmy gadżety, stolik i krzesła, po czym nastąpiło krótkie zamieszanie kto ma co nieść, żeby zabrać się za pierwszym razem. Tu ciężki sprzęt elektroniczny, tam krzesła, to znowu reklamówki i torby. Daliśmy rade. Do miejsca gdzie zaparkowali Robert i Seth trzeba było kawałek dojść, na dworze było już zupełnie ciemno. Na miejscu razem z Sofią chciałyśmy się pożegnać i udać na przystanek autobusowy, lecz Seth zaproponował, że możne nas gdzieś po drodze zawieść. I tu jak się okazało pojawił się twardy orzech do zgryzienia gdy Sofia niewinnie spytała jak zamierza jechać, by ustalić jak było by najwygodniej i jemu i nam. Seth nie miał pojęcia jak będzie wracał, wiec w tym celu uruchomił nawigacje. Okazało się, że niestety nie bardzo ta trasa nam odpowiada, więc padła propozycja ze strony Roberta, ze może on będzie miał bardziej po drodze. Niestety jak się okazało jego nawigacja nie miała najwyraźniej ochoty na towarzystwo w trakcie podroży, dając temu wyraz odmówiwszy współpracy łagodnie acz stanowczo. Nie była w stanie ustalić żadnej trasy i koniec. Zinka zdecydowanie przejęła pałeczkę i zarządziła, że jedziemy z nią i Sethem, Sofia prowadzi do dworca a  stamtąd już nawigacja wyprowadzi ich z miasta. Tak tez się stało, pożegnaliśmy się z Robertem, usadowiliśmy w samochodzie Setha i ruszyliśmy w szaloną podroż na dworzec PKS. Szaleństwo to wynikało głownie z mylnych sygnałów jakie Seth otrzymywał podczas podroży ze strony nawigacji, znaków drogowych i zafrasowanej Sofii,  która chociaż znała okolice to jednak nigdy nie poruszała się samochodem a jedynie komunikacja miejska. Okazało się jednak, że doskonale sobie poradziła z pokierowaniem nas na dworzec i już wkrótce byliśmy na miejscu. Doprowadziła mnie pod samo wejście na dworzec PKS i tam się rozstałyśmy. Ruszyłam do informacji żeby dowiedzieć się, o której odjeżdża najbliższy autobus do Jeleniej Góry i okazało się, że do odjazdu pozostało mi jedynie 5 minut. Szybkim krokiem udałam się na stanowisko numer 4, wdrapałam do nowoczesnego acz dość stromego autobusu, szybko usadowiłam się na przednim siedzeniu (żeby widzieć całą drogę), po czym ściągnęłam buty i podciągnęłam nogi na fotel. Szykowała się wygodna i spokojna droga. Musze przyznać, że te dwie godziny spędzone w PKSie należały do bardzo miłych i relaksujących.

Jelenia Gora

Gdy dojechałam do Jeleniej Góry i udałam się na przystanek autobusowy (bo żeby dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się moja kwatera musiałam jeszcze kawałek drogi pokonać), okazało się, że muszę czekać aż 40 minut. Rozejrzałam się szukając pomysłów, gdy nagle zauważyłam nadjeżdżający autobus: „Dworzec PKP” widniało na etykiecie. Może podjadę do dworca, stamtąd powinnam mieć więcej połączeń, pomyślałam i szybko wskoczyłam do środka. Na dworcu znalazłam się bardzo szybko, wysiadłam z autobusu i udałam się na przystanek obok. Ku mojemu zdziwieniu autobus, który zgodnie z rozkładem odjeżdża raz na godzinę, właśnie zaparkował u moich stóp i otworzył szeroko drzwi zapraszając mnie do środka. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, no to się nazywa szczęście! Usiadłam wygodnie cały czas nie mogąc uwierzyć w ten zbieg okoliczności. Na kolejnych przystankach wsiadali pojedynczo ludzie, siadali albo zatrzymywali się obok, uśmiechali się do mnie i żartowali miedzy sobą. Co było zaskakujące to fakt, że wysiadając z autobusu żegnali się z pozostałymi pasażerami grzecznym „dobranoc”. Nie wiem czy to normalne w małych miasteczkach, gdzie ludzie się znają wzajemnie, dla mnie, osoby z dużego i szarego miasta takie zachowanie wydało się przepiękna bajką. Szczęśliwa i potwornie zmęczona dotarłam do swojej kwatery, zrzuciłam buty i wyciągnęłam się na łóżku jak długa. Tak, to był pełen magii cudowny dzień targowy.

Miai